poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Dogonić tęczę"

Witam wszystkich w New Year's Eve!
Dziś felieton! Mi się bardzo spodobał i myślę, że Wam też przypadnie do gustu.
Tak więc proszę o oklaski dla pierwszej ochotniczki - autorki;)
-> https://twitter.com/myhemotions
A z racji NYE..
Chciałabym Wam życzyć jak nalepszego Nowego Roku, samych sukcesów, zdrowia oraz weny!
Byście znajdowali inspirację, towrzyli jak najwięcej i byli szczęśliwi przez cały 2013!




Nie przedłużając...

DOGONIĆ TĘCZĘ
Ostatnio często wypatruję listonosza; zakupy on-line są coraz wygodniejsze i – powiedzmy sobie szczerze – bardzo uzależniające. Niestety parę tygodni temu otwierając drzwi bardzo się zawiodłam: nie dość, że nie były to moje zakupy, to dostałam zwrot listu (mało tego, musiałam zapłacić 3 złote żeby dostać go z powrotem (sic!)). A był to list wyjątkowy.
Gdy byłam w gimnazjum spędzałam mnóstwo czasu w bibliotekach. Od dziecka czytałam wszystko co mi wpadło w ręce (rada na przyszłość: zwróć uwagę na to czy twoje dzieci – choć życzę by były chętne do czytania – nie czytają science-fiction dla dorosłych… nawet jeśli niewiele z niego zrozumieją), więc stanem naturalnym było dla mnie średnio raz w tygodniu wtargnięcie do placówki bibliotecznej i wzięcie na chybił-trafił paru pozycji. Tym sposobem któregoś razu przeczytałam „Witaj na świecie, Maleńka!” autorstwa Fannie Flagg. (Jeśli teraz nie skojarzyłeś nazwiska to tytuł „Smażone Zielone Pomidory” na pewno wyda się znajomy).
Bardzo szybko przeczytałam wszystkie dostępne pozycje Fannie Flagg. Będąc od zawsze outsiderem
i introwertykiem zaprzyjaźniłam się z bohaterami: mieszkańcami małych miasteczek Stanów Zjednoczonych Ameryki. Pożegnawszy się z nimi w jednej książce spotykałam ich w kolejnych; Sąsiadka Dorothy z poprzednich pozycji pojawiła się w „Dogonić Tęczę” jako główna postać i mogłam dobrze poznać także ją. Mogłam czytać wszystko od początku i w dowolnej kolejności i odkrywać na nowo „znajomych” z innych książek.
Powieści te były dla mnie ucieczką do czasów i miejsc, za którymi tęsknię, choć nigdy w nich nie żyłam.
Miesiąc lub dwa temu, zupełnie przypadkiem, znalazłam w Internecie adres fanowskiej poczty Fannie Flagg. Trochę dziwnie poczułam się uświadamiając sobie, że wcześniej na to nie wpadłam, ale podniecenie wygrało, bo dostałam szansę by podziękować jej za to, że dzięki niej zapomniałam jak samotną byłam nastolatką.
Są jednak momenty, w których, zupełnie niezależnie od nas, coś psuje nasze plany.
Pan listonosz zwrócił mi list, a na kopercie widniała pieczątka „MOVED”. Wydawnictwo zmieniło siedzibę.
Jestem może marzycielką, ale wyciągnęłam z tego zdarzenia dwa pozytywne wrażenia. Po pierwsze wszechświat dał mi do zrozumienia, że trzeba wreszcie ruszyć swoje cztery litery i podziękować pannie Flagg osobiście.
Po drugie, bądź co bądź, jestem w posiadaniu listu, który przyszedł aż z Nowego Jorku!

- Justyna „myhemotions”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz